W pigułce: Ultrakolarz z gminy Łysomice próbuje przejechać w 30 dni dystans, który dałby mu rekord świata WUCA i Guinnessa. Na półmetku miał na liczniku około 6079 km, zapalenie kolana od drugiego dnia i średnio trzy godziny snu na dobę. Próba trwa.
- Cel to ponad 13 333 km w 30 dni – tyle, ile wynosi absolutny rekord WUCA należący do Austriaczki Alexandry Meixner. Pobicie męskiego rekordu wymaga niecałych 12 000 km.
- Po 15 dniach Strava pokazywała ok. 6079 km; oficjalny dystans liczy homologowane urządzenie GPS zgodne z wytycznymi WUCA.
- Od drugiego dnia jedzie z zapaleniem stawu kolanowego, do tego dochodzą otarcia i wyjątkowo deszczowy, wietrzny czerwiec.
- Codzienny rytm to ok. 16 godzin w siodełku i tylko ok. 3 godziny snu – to wyzwanie tyleż fizyczne, co psychiczne.
- Próba jest częścią rywalizacji o tytuł Rowerowej Stolicy Polski; kibicuje mu społeczność rowerowa z gminy Łysomice i całego regionu, organizując wspólne wyjazdy na trasie.
- To dane na półmetku – wynik będzie znany dopiero po odczytaniu zapisów GPS po zakończeniu próby.
Szesnaście godzin dziennie na rowerze. Trzy godziny snu. Ból kolana, który nie odpuszcza od drugiego dnia. I licznik, który musi pokazać liczbę, jakiej w tej kategorii nie osiągnął jeszcze żaden mężczyzna. Tak wygląda czerwiec 2026 roku w wykonaniu Jacka Kwiatkowskiego, ultrakolarza z gminy Łysomice pod Toruniem, który próbuje przejechać w 30 dni dystans dający rekord świata.
W chwili pisania tego tekstu próba wciąż trwa. To, co opisujemy poniżej, to obraz z półmetka – z wszystkimi liczbami, bólem i niewiadomymi, jakie się z tym wiążą.
Kim jest Jacek Kwiatkowski
Kwiatkowski to ultrakolarz związany z gminą Łysomice w okolicach Torunia. Ultrakolarstwo to dyscyplina, w której nie liczy się sprint na metę ani efektowny finisz, tylko zdolność do utrzymania wysiłku godzina po godzinie, dzień po dniu. Tu wygrywa nie ten, kto pojedzie najszybciej w pojedynczym ataku, lecz ten, kto najdłużej wytrzyma jednostajne kręcenie korbą i najlepiej poradzi sobie z własną głową.
Jego obecna próba jest jednocześnie wpisana w szerszy kontekst: rywalizację o tytuł Rowerowej Stolicy Polski. Każdy przejechany kilometr to nie tylko zbliżanie się do rekordu, ale też kilometry zapisywane na konto gminy w tej rywalizacji. Lokalny wymiar tego wyzwania robi sporą różnicę – o czym za chwilę.
Na czym polega wyzwanie
Reguły są bezlitośnie proste: przejechać w ciągu 30 dni jak najdłuższy dystans. To rekord dystansu pokonanego rowerem w miesiąc, uznawany przez World UltraCycling Association (WUCA) i przez Księgę Rekordów Guinnessa. Bez etapów dających dłuższy odpoczynek, bez przerwy na regenerację – każdy dzień to kolejna porcja kilometrów do dołożenia do sumy.
W praktyce oznacza to jazdę w kółko po znanych sobie pętlach w okolicach Torunia. Brzmi monotonnie i takie jest – ale ta monotonia ma swój sens. Znana trasa to przewidywalność, mniejsze ryzyko i możliwość liczenia kilometrów jak kolejnych okrążeń. Dystans liczony do rekordu rejestruje przy tym specjalne urządzenie GPS zgodne z wytycznymi homologacyjnymi WUCA. Jego precyzyjne zapisy zostaną odczytane oficjalnie dopiero po zakończeniu próby – aplikacje typu Strava dają obraz orientacyjny, ale to homologowany zapis będzie rozstrzygający.
Cel: dwie poprzeczki, jedna wyżej od drugiej
W tej próbie są właściwie dwa cele, ustawione na różnych wysokościach.
- Rekord męski – do jego pobicia „wystarczy” przejechać niecałe 12 000 km. Cudzysłów jest tu konieczny, bo 12 000 km w miesiąc to i tak liczba, która większości rowerzystów nie mieści się w głowie.
- Rekord absolutny – tu poprzeczka wisi powyżej 13 333 km. Tyle, według materiałów towarzyszących wyzwaniu, wynosi rekord należący do Austriaczki Alexandry Meixner. To wynik liczony bez podziału na płeć – po prostu najlepszy rezultat w tej kategorii.
Ambicja Kwiatkowskiego nie kończy się więc na rekordzie męskim. Celuje w liczbę powyżej 13 333 km, czyli w rezultat, który byłby najlepszy w ogóle. Żeby uzmysłowić sobie skalę: aby zmieścić się w 30 dniach, trzeba pokonywać średnio mniej więcej 445 km dziennie. To dystans, który dla przeciętnego amatora bywa celem na całe lato – tu jest dziennym minimum, i to powtarzanym przez miesiąc bez dnia wolnego.
Stan na półmetku: ok. 6079 km i mnóstwo zmiennych
Po 15 dniach rywalizacji aplikacja Strava pokazywała w okolicach 6079 km. Prosta arytmetyka podpowiada, że to tempo daje na koniec wynik powyżej 12 000 km – czyli rekord męski w zasięgu, a absolutny realny, choć wymagający przyspieszenia w drugiej połowie. Tyle że w ultrakolarstwie prosta arytmetyka rzadko wystarcza. Druga połowa miesięcznej próby to z reguły walka z narastającym zmęczeniem, a nie powtarzanie formy z pierwszych dni.
Warto powtórzyć: to wynik orientacyjny i z połowy próby. Ostateczny dystans pozna się dopiero po odczytaniu homologowanego zapisu GPS po zakończeniu wyzwania. Dlatego do każdej liczby z trasy podchodzimy tu jako do obrazu chwili, a nie do ostatecznego rozstrzygnięcia.
Przeciwności: kolano, deszcz i wiatr
Gdyby chodziło tylko o kręcenie kilometrów na świeżych nogach, byłoby trudno. Kwiatkowski ma jednak pod górkę od samego początku.
Praktycznie od drugiego dnia zmaga się z zapaleniem w obrębie stawu kolanowego. Po pierwszych dniach ból był na tyle silny, że uniemożliwił mu osiąganie zakładanych dystansów. Leki przeciwzapalne i przeciwbólowe dają częściową ulgę, ale stały reżim oznacza, że kolano trzeba cały czas oszczędzać i pilnować, by nie doszło do przeciążenia. To dokładnie ten rodzaj kontuzji, który przy 16 godzinach jazdy dziennie nie ma jak się wygoić – obciążenie wraca każdego ranka.
Drugim przeciwnikiem jest pogoda. Tegoroczny czerwiec okazał się wyjątkowo niełaskawy: częste deszcze, wysoka wilgotność i silny, porywisty wiatr. Mokra odzież oznacza ryzyko szybszego wychłodzenia, a zimno odbiera siły potrzebne do walki z oporem powietrza. Efekt jest podwójnie niekorzystny – rośnie zużycie energii, a jednocześnie spada średnia prędkość. Wiatr w ultrakolarstwie potrafi być groźniejszy niż podjazdy: nie kończy się za zakrętem, tylko wieje godzinami.
Do tego dochodzą rzeczy mniej spektakularne, ale dotkliwe na dłuższą metę: typowe przy wielogodzinnej jeździe otarcia i rany w pachwinach oraz ogólne, ciągnące się od ponad dwóch tygodni zmęczenie organizmu. Na to ostatnie składa się prosty bilans – średnio 16 godzin dziennie na rowerze i tylko około 3 godziny snu na dobę. Trudno o gorsze warunki do regeneracji, a regeneracja jest w takiej próbie równie ważna jak sama jazda.
Za nim stoi cała społeczność
Łatwo patrzeć na taką próbę jak na wyczyn jednego człowieka, ale w praktyce Kwiatkowski nie jest na trasie sam. Kibicuje mu społeczność rowerowa – nie tylko z gminy Łysomice, ale z całego województwa i z miejsc, które odwiedził podczas przygotowań. Lokalni rowerzyści organizują wspólne wyjazdy, dołączają do niego na pętli, jadą obok, rozmawiają, podrzucają dobre słowo.
To nie jest tylko gest. Przy trzech godzinach snu i bólu, który nie odpuszcza, towarzystwo na trasie ma realne znaczenie dla psychiki – a w wyzwaniu rozłożonym na 30 dni głowa odpada zwykle szybciej niż nogi. Sama organizacja całego przedsięwzięcia też kosztuje: homologacja rekordu przez WUCA to wydatek rzędu 14 000 zł, do tego dochodzą ubezpieczenie, wyżywienie i picie na cały miesiąc, profesjonalna odzież oraz rowery z wyposażeniem. Bez wsparcia lokalnych sponsorów i samorządu próba w ogóle nie byłaby możliwa.
Co to mówi o wytrzymałości i głowie
Można na ten wyczyn patrzeć przez pryzmat liczb – kilometrów, godzin, watów. Ale najciekawsze dzieje się tam, gdzie liczb nie widać. W próbie rozłożonej na miesiąc kluczowa nie jest pojedyncza moc szczytowa ani efektowny atak, tylko zdolność do robienia swojego mimo bólu, zmęczenia i fatalnej pogody. To trening konsekwencji, a nie brawury.
Dla każdego, kto trenuje wytrzymałościowo – niekoniecznie na poziomie rekordów świata – jest tu czytelna lekcja. O wyniku rzadko decyduje jeden mocny dzień. Decyduje to, czy potrafisz wstać następnego ranka, wsiąść na rower i dołożyć kolejne kilometry, gdy ciało domaga się odpoczynku, a sens całego przedsięwzięcia chwilowo się rozmywa. Kwiatkowski robi to od ponad dwóch tygodni z kontuzjowanym kolanem i na trzech godzinach snu.
Czy uda się przekroczyć granicę 13 333 km i sięgnąć po rekord absolutny? Tego dziś nie wiadomo – próba trwa, a ostateczne liczby odczyta się dopiero z homologowanego urządzenia po finiszu. Wiadomo natomiast jedno: na półmetku, mimo wszystkich przeciwności, Polak wciąż każdego ranka wsiada na rower i kręci dalej.

