Z dechą przez pustynię

Po śniegu nawet w wysokich górach pozostanie wkrótce tylko wspomnienie, a Ty nie wyszalałeś się jeszcze tej zimy na snowboardzie? Nie ma problemu – zamień górski stok na piaszczystą wydmę i mknij po niej w dół niczym pustynna burza.
Z dechą przez pustynię

W pigułce: Sandboarding to pustynny kuzyn snowboardu, w którym śnieg zastępuje gorący piasek – mniej tarcia, więcej słońca i piachu wszędzie. Do bezpiecznej zabawy potrzebujesz odpowiedniej deski, wosku, wody i dozwolonej wydmy.

  • Sandboarding to jazda na jednej desce, a sandskiing na dwóch nartach – to na nartach padł rekord prędkości 92,12 km/h (Henrik May, Namibia, 2010).
  • Nie używaj zwykłej deski snowboardowej: piasek jest ścierny, a dedykowana deska ma twardszy ślizg, najczęściej z laminatu melaminowego typu Formica.
  • Spód woskuj parafiną przed każdym zjazdem – wosk przyspiesza ślizg i chroni przed wcieraniem piasku.
  • Ubierz się w długie, lekkie spodnie, weź ochraniacze, okulary, chustę na twarz i krem z wysokim filtrem UV – jasny piasek mocno odbija słońce.
  • Kultowe miejscówki to Huacachina i Cerro Blanco w Peru oraz wydmy Namibu wokół Swakopmund; w Polsce wydmy w Słowińskim Parku Narodowym, gdzie jazda jest zabroniona.
  • Pij minimum 1,5 litra wody na dwie godziny jazdy, a piach w oku przepłukuj wodą lub solą fizjologiczną – nie pocieraj.

Sandboarding: adrenalina w piachu

Wyobraź sobie: stoisz na szczycie wydmy, słońce praży jak w Mad Maxie, a pod stopami masz deskę, która za chwilę wystrzeli cię w dół piaskowego zbocza. To nie sen snowboardzisty bez sezonu, tylko sandboarding – pustynny kuzyn snowboardu, w którym śnieg zastępuje gorący piasek. Zero mrozu, zero kolejek do wyciągu, za to dużo słońca i piachu absolutnie wszędzie.

Czym sandboarding różni się od jazdy po śniegu? Przede wszystkim oporem podłoża. Piasek daje znacznie mniejsze tarcie niż śnieg, więc na dobrze przygotowanej desce można rozpędzić się szybciej, niż się spodziewasz – tyle że samo podłoże potrafi się zmieniać z metra na metr i wymaga przyzwyczajenia. Każda gleba smakuje jak chrupiący schabowy z piaskownicy, ale właśnie to jest w tym sporcie najlepsze: jazda po wydmach daje poczucie wolności i lekkiego szaleństwa, którego nie znajdziesz na zatłoczonych stokach.

Sandboarding czy sandskiing?

Zanim ruszysz na wydmę, warto wiedzieć, że pustynne zjazdy mają dwa oblicza. Sandboarding to jazda na jednej desce, ustawionej bokiem do stoku jak w snowboardzie. Sandskiing to ta sama zabawa, tylko na dwóch nartach. Różnica brzmi błaho, a wcale taka nie jest: to właśnie na nartach padł oficjalny rekord prędkości na piasku. Niemiec Henrik May, mieszkający w Namibii, w 2010 roku rozpędził się na wydmie do 92,12 km/h i wpisał ten wynik do Księgi rekordów Guinnessa. Na desce poruszasz się wolniej i bardziej kontrolnie – i dla większości debiutantów to dobra wiadomość.

Zobacz:  Muay Thai: zamień ciało w broń

Sprzęt: dlaczego snowboard nie wystarczy

Pierwsza zasada sandboardingu: nie katuj swojej deski snowboardowej. Drewno i miękki ślizg z PTEX-u, które świetnie sprawdzają się na śniegu, na piasku kończą jak bohaterowie horrorów klasy B – z porysowaną twarzą i pękniętym sercem. Piasek jest po prostu ścierny i traktuje spód deski jak papier ścierny.

Dlatego prawdziwa deska do sandboardingu ma inny spód niż snowboard. Konstrukcja jest podobna – warstwy drewna, laminatu, czasem włókna szklanego – ale ślizg jest twardszy i grubszy. Najczęściej robi się go z laminatu melaminowego typu Formica, czyli z prasowanego pod wysoką temperaturą i ciśnieniem papieru nasączonego żywicą. Taki spód jest twardy i bardzo odporny na ścieranie, więc piasek nie zdziera go tak szybko jak miękki ślizg snowboardu. Co ciekawe, dobór spodu zależy od podłoża: do drobnego, wilgotnego piasku lepiej sprawdza się materiał bliższy zwykłemu ślizgowi narciarskiemu, a do twardych, gruboziarnistych wydm – jeszcze twardsza Formica.

Smarowanie? Zapomnij o klasycznym wosku narciarskim w kostce – tu króluje wosk do sandboardu na bazie parafiny, nakładany na spód deski tuż przed każdym zjazdem. To nie fanaberia: świeżo nawoskowany ślizg ślizga się znacznie szybciej, a przy okazji wosk chroni spód przed wcieraniem piasku. Bez niego deska potrafi stanąć w pół stoku jak pies w upał. Praktyczna reguła brzmi: jedna gleba, jeden zjazd – jedno przetarcie woskiem.

Buty? Większość desek z wypożyczalni ma proste rzepy albo paski, więc na początek wystarczą zwykłe sportowe sneakersy. Gdy złapiesz bakcyla, rozejrzyj się za butami z zabudowaną kostką – stabilizują staw i ratują przed skręceniem przy ostrym lądowaniu. Ochraniacze? Po pierwszej glebie sam zrozumiesz, po co są nakolanniki i rękawiczki.

Zestaw minimum na pierwszą jazdę

  • Deska do sandboardu (najczęściej wypożyczysz ją na miejscu razem z woskiem)
  • Wosk parafinowy do nawoskowania spodu przed każdym zjazdem
  • Ochraniacze na kolana i łokcie, rękawiczki
  • Bidon z wodą – minimum 1,5 litra na osobę
  • Okulary przeciwsłoneczne, najlepiej sportowe i przylegające do twarzy
  • Lekki, oddychający strój: koszulka, długie spodnie, chusta na twarz
Zobacz:  Kolarze na rzecz Fundacji: charytatywny maraton na rowerach stacjonarnych

Ubiór: styl i bezpieczeństwo na pustyni

Krótkie spodenki? Brzmi kusząco, ale po pierwszym upadku twoje kolana będą wyglądać jak po bliskim spotkaniu z tarką do ziemniaków. Piasek parzy, trze i nie ma litości. Najlepszy zestaw to lekkie, długie spodnie z materiału, który nie przylega do skóry, a jednocześnie chroni przed słońcem. Pamiętaj, że rozgrzany piasek potrafi mieć w środku dnia kilkadziesiąt stopni – chodzenie po nim boso to prosta droga do poparzonych stóp.

Ochraniacze nie są oznaką słabości, tylko zdrowego rozsądku – nakolanniki, nałokietniki, rękawiczki rowerowe. Dzięki nim będziesz mógł z dumą przyznać się do upadku, a nie udawać, że „wcale nie bolało”.

Krem z wysokim filtrem UV to twój najlepszy kumpel – jasny piasek odbija promienie słoneczne i mocno podkręca dawkę promieniowania docierającą do skóry. Do tego chusta na twarz i okulary, bo piach w oczach to pakiet startowy każdego sandboardera, zwłaszcza gdy wieje. Wolisz widzieć, gdzie lecisz, prawda?

Gdzie śmigać: kultowe miejscówki na świecie i w Polsce

Myślisz sandboarding – widzisz Peru. W okolicy oazy Huacachina wydmy potrafią mieć ponad 230 metrów, a stoki są na tyle zróżnicowane, że znajdą tam coś i debiutanci, i wyjadacze. Niedaleko czeka jednak prawdziwy potwór: Cerro Blanco w dolinie Nazca, jedna z najwyższych wydm świata, sięgająca około 2080 metrów. Żeby zjechać z jej szczytu, trzeba najpierw wdrapać się na górę, a to kilkugodzinny marsz pod ostrym kątem. To miejscówka dla zaawansowanych, nie na pierwszy raz.

Druga pustynna mekka to Namibia, a konkretnie wydmy pustyni Namib wokół miasteczka Swakopmund i sąsiedniej Walvis Bay. To właśnie tam jeździ się zarówno na deskach, jak i na nartach, i to tam padł wspomniany rekord prędkości. Piasek jest tu tak sypki, że suniesz po nim wyjątkowo gładko – pod warunkiem, że deska jest porządnie nawoskowana.

A Polska? Tu nie jest tak egzotycznie, ale mamy własne pustynne klimaty. Ruchome wydmy w Słowińskim Parku Narodowym koło Łeby to fenomen na skalę europejską. Słynna Wydma Łącka sięga ponad 40 metrów wysokości i naprawdę się przemieszcza – pod naporem zachodnich wiatrów wędruje na wschód w tempie od kilku do nawet dziesięciu metrów rocznie, powoli zasypując sosnowy las. Brzmi jak idealny stok, ale jest haczyk: to obszar chronionego parku narodowego. Poruszanie się poza wyznaczonymi szlakami jest tu surowo zabronione i grozi mandatem, a jazda na desce po wydmie niszczyłaby kruche rośliny pionierskie. Polskie wydmy traktuj więc jak inspirację i miejsce na świetne zdjęcie, a nie jak prywatny stok – do prawdziwej jazdy lepiej wybrać się tam, gdzie jest to dozwolone.

Zobacz:  Igrzyska zimowe na własnej skórze

Technika i przetrwanie dla początkującego sandboardera

Okej, jesteś spocony, piach masz w butach, uszach i – nie pytaj, jak – w kieszeni na zamek. Jak przeżyć pierwszą jazdę i nie zaliczyć kompromitacji na całą wydmę? Zacznij od podstaw postawy: stań bokiem do stoku, ugnij lekko kolana, ciężar ciała przenieś bardziej na tylną nogę. W trakcie zjazdu patrz w dół stoku, tam gdzie chcesz dojechać, a nie pod nogi. Najczęstszy błąd debiutanta to sztywne, spięte ciało – wtedy gleba jest murowana. Im luźniej, tym pewniej.

  • Nawadnianie to nie żart. Minimum 1,5 litra wody na dwie godziny jazdy, najlepiej z elektrolitami (nie, piwo się nie liczy). Upał plus wysiłek to prosta droga do udaru, a nowicjusze biją w tej statystyce rekordy.
  • Piach w oku? Nie pocieraj! Przepłucz czystą wodą albo solą fizjologiczną. Dlatego warto mieć przy sobie małą buteleczkę.
  • Po jeździe zadbaj o deskę. Otrzep ją z piasku, a jeśli jeździłeś po wilgotnym podłożu, opłucz spód i susz w cieniu – unikniesz odkształceń ślizgu. Suchy, czysty spód to też lepsze trzymanie wosku przy kolejnej jeździe.
  • Piasek wszędzie? Przed wejściem do auta otrzep się szczotką lub ręcznikiem, bo inaczej będziesz wozić pustynię w samochodzie tygodniami.

Gdy złapiesz rytm, wydma zaczyna wciągać. Każdy kolejny zjazd jest pewniejszy, a satysfakcja z opanowania ruchomego, sypkiego podłoża jest inna niż wszystko, co znasz ze stoku.

Ostatnie słowo: rzuć się w piach!

Sandboarding to nie sport dla tych, którzy boją się wyzwań ani odrobiny piachu w majtkach. To dyscyplina dla ciebie, jeśli lubisz adrenalinę, lubisz testować swoje granice i nie masz nic przeciwko temu, żeby wrócić do domu z uśmiechem od ucha do ucha i piaskiem w zębach. Wystarczy odpowiednia deska, kostka wosku, butelka wody i kawałek dozwolonej wydmy – reszta zależy już tylko od tego, jak mocno ugniesz kolana.

Share this article
Shareable URL
Prev Post

Śmiertelnie zmęczony

Next Post

Kardigan wraca do łask

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Read next